Najtrudniej to w pokorę.
Z życia własnego swojego wiem, znam.
Bo przecież na już, na fast, na food.
Mlask i następne – mówi świat.
Mówi wciąż uciekający czas.
Mówi pęd, co w wyścigu chce po wciąż wyprzedzać.
Mówi wrzask, co od zawsze żyje w nas.
(Nie lubisz ciszy, bo wrzask swój słyszysz?)

Pokora? Śmiechu warte.
Chrześcijański wymysł, co ukrzyżować, umartwiać, boleć i smucić, opuścić głowy,
popiołem posypać co dzień najlepiej siedem razy, we włosiennicę obuć i trwać w lęku
przed bogiem, który mściwy i okrutny, niewidzialny i srogi pan,
przed nim trwoga, za nim moc i noc.

Chyba żartujesz Aniu, że takie słowo wybrałaś moherowy berecie.
A niby taka inteligentna, patrzcie.
Na pohybel. A kysz.

Tak, w pokorę.
Bo pokora to uznanie, że wszystko – mimo wszystko – jest w porę.
Że nie prześcigniesz czasu, jeśli chcesz fair grać.
Zębów zgrzyt. Kurde mać.

Tak, w pokorę.
Która pełna prawdy o mnie, o Tobie, o nas.
Że gdyby Pan Bóg, czy Opatrzność, czy Ewolucja nawet –
zwij, jak chcesz – potrzebę uznała,
to byśmy mieli nie dwie, tylko rąk pięć.
Lub piętnaście.
Żeby więcej na jeden raz i jeden czas chwycić.
A mamy, w najlepszym razie, dwie.
Co nie?

Idźmy.
Anna Malec