Rodzicu,
nasze oznacza, że moje i Twoje. 

Jeszcze na studiach, dwadzieścia lat temu ponad, nauczono mnie różnicować w teorii samotność od osamotnienia. Pierwsze – konieczne, dające przeżywanie. Drugie – bolące, biorące w umieranie. 

Samotność to rarytas dla dojrzałych. Tak jak oliwki, ser feta i pleśniowy – wartość smakowa tegoż smakołyku rośnie wraz z wiekiem konsumenta in plus. Korelat dla wolności, pokoju i harmonii chroniący duszę przed nadmiarem świata. Balsam kojący dla miejsc poranionych. Matka twórczości, ze sobą spotkania, refleksji i analizy danych zbieranych co dzień w kontenery przepastne i przepustne. Blisko radości mieszka, co poukrywana z lęku przed hałasem i chaosem w nieobecność czasem. 

Osamotnienie – przeciwnie, jak mól zakryty przed oczyma duszy materię żywą co dzień wytrwale zżera. Tęsknotę czyni napuchłą złością i niemocą. Osadza się na niej i wokół zasadza chwasty przyczepne przytulią dla niepoznaki zwane, wijące się wężem utkanym szydełkiem z nic mnie już nie spotka nikt mnie nie rozumie i nie zrozumie nigdy już. Rozleniwia każde chcę i każdą decyzję o drodze wzwyż i w głąb. Blisko żalu mieszka, który wylewa się obficie niczym ciągle aktywny wulkan beznadziei. 

Lek?

Relacje. Jasne, oczywiste. Byle człowiek, byle obok, byle jak. Konsumpcja relacji jak gumy mamba czy szczypek z odpustu kolorowych, byle szybko byle znikło byle już, to osamotnienia poczucie nieznośne. Konserwanty, sztuczności, barwniki zakładają wnyki na tęsknotę, na pragnienie, na miłość, na złość. 

Lęk?

A co jeśli powiem, że jedyny sposób wyjścia z osamotnienia to przejść przez drzwi z napisem „Uwaga! Tu trwają prace nad sobą”? Że za trzecim zakrętem w prawo, później prosto aż do samotności, która to rarytasem dla dojrzałych jest? 

Nasze życie oznacza, że moje i Twoje.
Że my obydwie i my obydwoje znajdziemy w nim miejsce dla samotności w miłości i wolności też.
I to się nazywa dobra relacja. Taka, gdzie samotność w całej swej pełni może być i jest. 

Anna Malec