Pamiętasz Babę i Dziada z poprzedniego listu? Choć, zabiorę Cię tam jeszcze raz.

Siała baba mak

Nawet mu nie przyszło do głowy, że mogłoby być inaczej. Od zawsze tak było w jego domu, jeszcze za dzieciaka. Chociaż nie bardzo lubi to wspominać. Źle się w domu czuł. Matka uciemiężona, zmęczona, ciągle coś robiła. On niby chciał jej pomóc, jednak wolał przecież odwlec najdalej jak się da. A to się za okno popatrzył, a to ze szkoły wrócił później, a to kolega przyszedł i się zagadali. No i jak ona już zrobiła, to wzdychała. A on się czuł jak ostatnie gówno. Że jej nie pomógł. Czasami aż nie mógł oddychać, tak się czuł winny. Ojciec? Nawet nie chciał wspominać, bolało.
Kiedy ją poznał, pomyślał: naprawdę? Taka mądra, silna dziewczyna chce takiego mnie?

Nie wiedziała jak

się bał, że to wszystko kiedyś runie. Że nie będzie umiał, że nie zdoła jej zadowolić, coś zapomni, odwlecze, przegapi. Nie chciał, by wiedziała. Schodził jej z drogi, żeby nie przeszkadzać. Zajmował się pracą, żeby mieli na wszystko. Żeby nie musiała się martwić. Dzieci – tyle im czasu poświęcała. Czasami im zazdrościł. Jednak nie czas na sentymenty, trzeba utrzymać rodzinę. Wiedział, że lubi porządek i jak wszystko odstawia na swoje miejsce, najlepiej jeszcze wieczorem

a

jednak wciąż zapominał. Tłumaczył się sam sobie, że to zmęczenie i że to nic takiego. Jednak jak ona zwracała mu uwagę, to się czuł tak samo. Jak gówno. Że jej nie pomógł. Czasami aż nie mógł oddychać, tak czuł się winny. Widział, że ona ostatnio coraz dłużej brała prysznic. Kiedy w końcu przychodziła do sypialni coraz częściej udawał, że już śpi. Wspominał jak kiedyś uwielbiał, kiedy zasypiali razem, wtuleni. Lubił jej zapach. Czuł się bezpiecznie, kiedy ona była blisko. I bardzo chciał ją ochronić przed całym światem. Żeby nie cierpiała od nikogo. Patrzył na dzieci i czuł dumę. I złość na siebie, że nie umie jakoś inaczej.

Dziad wiedział

co w głębi serca czuje. Że tak naprawdę, to za nią tęskni. Że tęskni za nimi, za razem. Że jakoś tak się te dni rozlazły, rozciągnęły, że prawie nie ma już jak się spotkać. Że od tak dawna nie rozmawiali o tym, co istotne, bliskie, czułe. Dom praca dzieci dom praca. Obowiązki, pieniądze, chleb masło i jak poukładać czas, by zdążyć ze wszystkim. Czy ona ma inaczej? Czy ona za tym nie tęskni? Czy on przestał już być dla niej ważny? Czy ona jeszcze go kocha?
Widział, że jak wstała dzisiaj, to zrobiła nawet delikatny makijaż, choć to była zwyczajna sobota. Lubił ukradkiem, szukając pretekstu, patrzeć, jak to robi – tyle magicznych buteleczek, pędzelków. Ubrała niebieską sukienkę, rozpuściła włosy. Wstała i zaczęła iść w jego stronę. Spanikował. Język mu w gardle zagulgotał i wychrypiał sam sobą zdziwiony: to co, idziesz siać ten mak?

Nie powiedział

pięknie wyglądasz, kochanie. Nie zdążył, choć czuł, jak jego oczy blaskiem rozbłysły na ten jej uśmiech, nie widziany od dawna. Nim ogarnął, co się dzieje, ona włosy nagle związała, wzięła koszyk i mu w twarz krzyknęła: ja już nie wiem, jak z tobą żyć! Nigdy mi nie pomożesz, zawsze tylko o sobie myślisz i o robocie. Już mam tego dość, rozumiesz? Buty nierówno stoją, a ustawiałam wieczorem. Mojej pracy nie szanujesz wcale. I szklanka znowu wyciągnięta oczywiście.
I wyszła. A on stał, taki skamieniały słup soli, jakby słońce zaszło.
Zupełnie jak ojciec.
I czuł się jak gówno.

A to było tak

naprawdę, nic a nic nie kłamię. No bo inaczej jak?

Anna Malec