Znasz, prawda? Zanućmy razem. Zrobię Tobie dzień tą piosenką, a co.
Siała baba mak
Jasne, że wiedziała, jak. Mało tego! Wiedziała to (jak wiele innych, drobnych a ważnych rzeczy) o wiele lepiej od niego. No i przecież nieustannie mu to mówiła. Tak zrób. Inaczej zrób. Lepiej byś zrobił, gdybyś nie zrobił akurat tego a tamto już tak. A on nieustannie zapominał i robił po swojemu, a ona jak zwykle musiała poprawić, no bo inaczej jak? A on się denerwował. A jak się w tych swych nerwach spojrzał, to ona, choć na zewnątrz harda i twarda, to w środku się kuliła i płakała bez głosu i bez łez.
Nie wiedziała jak
mu powiedzieć, że tak naprawdę to wcale nie o ten głupi mak codzienny chodzi. Bo mak w końcu nie taki znowu wymagający, sam się sieje właściwie. Tak samo, jak samo z ust wychodzi to narzekanie (które on od jakiegoś czasu nazywa zrzędzeniem). Jakoś łatwiej o tym, że marzec, to niedługo w ogródku trzeba siać i że to znowu ona musi robić, no bo inaczej jak? Łatwiej wieczorem o nieodniesionej szklance, butach znowu rozwalonych przy drzwiach, że znowu brudno
a
on nic nie widzi. I złość ją taka ogarnia wtedy z każdej strony. I żal. Aż w sercu kłuje. Najczęściej, kiedy bierze prysznic. Woda mokra, łzy mokre. Nawet przed sobą ból ukrywać potrzeba, żeby się nie rozpaść. No bo przecież nie tak miało być. Jak się poznali, pamięta jak dziś, to się śmiał tak wesoło do niej, oczy mu błyszczały, chciał być z nią jak najdłużej, całą dzień i całą noc rozmawiać o wszystkim, co było wtedy ważne. I ten pierwszy pocałunek. Tak bardzo się bała i tak bardzo czekała. I mieli przecież żyć długo i szczęśliwie, no bo inaczej jak?
Ach, jak ona by chciała, aby
Dziad wiedział
o co jej chodzi. Że tak naprawdę, to za nim tęskni. Że tęskni za nimi, za razem. Że jakoś tak się te dni rozlazły, rozciągnęły, że prawie nie ma już jak się spotkać. Że od tak dawna nie rozmawiali o tym, co istotne, bliskie, czułe. Dom praca dzieci dom praca. Obowiązki, pieniądze, chleb masło i jak poukładać czas, by zdążyć ze wszystkim. Czy on ma inaczej? Czy on za tym nie tęskni? Czy ona przestała być dla niego ważna? Czy on ją jeszcze kocha?
Jak wstała dzisiaj, to zrobiła nawet delikatny makijaż. Ubrała niebieską sukienkę, rozpuściła włosy. Już prawie do niego szła, by powiedzieć coś miłego, jakoś tak zacząć ten dzień wspólnie, może herbatę mu zrobi na początek na przykład do ciasta, które kupiła wczoraj wracając z pracy. Jego ulubione, z truskawkami. A on po prostu wyszedł z łazienki jak zwykle i warknął: to co, idziesz siać ten mak?
Nie powiedział
pięknie wyglądasz, kochanie. Nic nie zauważył. Więc związała na szybko włosy, wzięła koszyk i przez głupie łzy do oczu bez zaproszenia napływające krzyknęła: ja już nie wiem, jak z tobą żyć! Nigdy mi nie pomożesz, zawsze tylko o sobie myślisz i o robocie. Już mam tego dość, rozumiesz? Buty nierówno stoją, a ustawiałam wieczorem. Mojej pracy nie szanujesz wcale. I szklanka znowu wyciągnięta oczywiście.
I wyszła. Kątem oka zobaczyła jak stał, taki skamieniały słup soli, jakby słońce zaszło.
A to było tak
naprawdę, nic a nic nie kłamię. No bo inaczej jak?
Anna Malec
