Siała Ona mak, nie wiedziała jak, a On wiedział, nie powiedział…
kto tu rację ma?
To było tak,
że obydwoje zupełnie nie przewidzieli, że bycie razem na całe życie to taka wymagająca droga. Nie wiedzieli, że po zakochaniu i motylach w brzuchu nastąpi codzienność. Jakoś tak weszli w tunel wydeptany przez stóp miliony, co przed nimi podobnie. Myśleli (myśleli?), że jakość to się sama zrobi, ot tak, bo przecież tak bardzo się kochali, gdy on ją w malinowym chruśniaku całował, a ona świata poza nim nie widziała.
Małżeństwo to decyzja: idziemy razem. Przysięga dana w pewnym tu i teraz do końca życia ważna. Pole na dwie role: mąż i żona. Uprawne w miłość, wierność i uczciwość, tak mi dopomóż Panie Boże. Uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe.
Słowa, nawet doskonałe, tutaj nie wystarczą. Nie wystarczą pieniądze zebrane w oklejone serduszkami pudełko ani przez trzy miesiące ćwiczone kroki pierwszego tańca, choćby z uniesieniem. Nie wystarczą życzenia i całusy potwierdzone szminką na policzkach młodych. Nie wystarczy bilet na podróż poślubną ani łopata wbita pod nowego domu fundamenty.
Święty garnka nie lepi, tak samo w małżeństwie. Zwyczajni obydwoje pewnego dnia dla siebie się stają. Atrakcyjność gdzieś zaginie, zapał przygaśnie. Kłopot na próg wejdzie, krzywda uczyniona nieuważnie skuli, aż dnia pewnego znienacka jakieś drobne niewybaczenie przed zachodem słońca przyoblecze dom w milczenie.
I wiesz co? Tak ma być. Bo przecież małżeństwo to związek pomiędzy ludźmi. Krew z krwi powstaje, kość z kości, prawda z Prawdy, a Miłość z miłości.
Jak się tym razem skończy historia baby i dziada?
Też się zastanawiam, kiedy po raz kolejny z nimi, za każdym razem innymi, w Gabinecie siadam.
W tym przedziwnym świecie, który częściej kupić nowe zaleca, miast naprawiać stare.
My wciąż i wciąż rozmawiamy wytrwale. Uczę ich na nowo tego alfabetu:
szacunku, partnerstwa i współodpowiedzialności w życia codzienności,
sposobów na wyrażanie złości co ma ości ze skrzywdzonej, wciąż zbyt niecierpliwej miłości
i w tym odkrywanej, zdziwionej sama sobą, że wciąż w nich jest, nieśmiałej z tęsknoty, radości.
I… powiem Tobie szczerze:
ja obydwojgu na słowo dane sobie wierzę.
Idźmy.
Anna Malec
