Cierpienie nie jest potrzebą miłości.

Mówią (za: Gustave’m Flaubert’em podobno), że kocha się tylko to, od czego się cierpi. A ja myślę: logiczna, pseudoromantyczna bzdura. Nijak nie pasuje do sensu i sedna. Złość we mnie wzbudza i bunt. I to nie tylko przez tylko. Założenie owo wadliwe w fundamencie wiąże przez przekłamanie i nierozerwalnie dwie odległe od siebie istotowo rzeczywistości.

Jeżeli to byłaby prawda, że kocha się to, od czego się cierpi, to przede wszystkim kochałby człowiek sam siebie. A kochał, to by z kolei znaczyło: znał, przyjmował i realizował pełnię w codzienności.

A w drugiej kolejności kochałby swoich rodziców. Teściową i teścia. Sąsiada, co miedzę co rusz narusza, marnotrawną siostrę, nauczyciela, co za ucho ciągnął i ZUS też, a co.

To by dalej znaczyło, że potrzeba poszukać cierpienia i przez nie właśnie, za jego głównie sprawą, bo bez niego nie byłoby i nie będzie – doświadczyć wytęsknionego kochania. I wtedy… i wtedy właściwie co?

Pustka. Żal. Dno.

Cierpienie może być decyzją miłości.

A żeby mogła być decyzja, potrzeba świadomości. A żeby mogła być świadomość, to potrzeba wolności. A żeby mogła być wolność, to potrzeba miłości. A żeby mogła być miłość, to potrzeba większej niż ona… miłości.

Rozumiesz już to, czego rozumem objąć nie sposób?

Miłość podejmuje upartą decyzję o trwaniu, jeśli nie ma dla siebie [jeszcze] miejsca. Jeśli pomnożyć siebie [jeszcze] nie może. Jeśli oczekuje na przemienienie, sama [wciąż i wciąż niekiedy] siebie dając na sprawdzenie. I tak, nie inaczej, tworzy się cierpienie. Nie jako potrzeba, a jako droga, która prowadzi do większego.

Sensu. Sedna. Życia na całego.

Czy musisz cierpieć?

Nie.

Czy musisz kochać?

Nie.

Czy cierpisz?

Tak.

Czy kochasz?

Idźmy.
Anna Malec